2012/12/06

Minimalizm - sposob na szczescie?

foto Ross Burton
Przy przeprowadzce na pewno ;-), ale tak w normalnym życiu?
Czy jest to lepsza droga ?
Przecież od zwierząt odróżnia nas zdolność tworzenia narzędzi.
a w zasadzie narzędzi do tworzenia narzędzi.
Wpis sprowokował Biały- się zastanawiałem czy nie ma racji?
Z tym używaniem map vs aplikacja GPS.
Nie to żebym był jakimś gadżeciarzem(oczywiście że jestem).
W takim życiu jak teraz jest to proste: 10kg, 40x20x55cm +kieszenie.
I tyle. Ludzie robią z tego ideologię, mnie to czasem śmieszy.
Licytują się na forach kto mniej rzeczy posiada.
Ja mniej niż 20, ja mniej niż 10- ja 7 itd.
Oczywiście nie wchodzi w to pralka posiadana przez mamusię i TV taty też nie.
To się zawsze tak kończy jak narzucamy rzeczywistości uproszczony opis.
Bo minimalizm miał ułatwiać życie ale to co robią najgorliwsi wyznawcy
to wręcz : "reductio ad absurdum".
Oczywiście można nie mieć szczoteczki do zębów- ale to oznacza że albo
-co dzień wydajemy xxx pieniędzy na wizytę u dentysty w celu czyszczenia jamy ustnej
- godzimy się na brak zębów i przykry zapach
-nocujemy w hotelach gdzie dają szczoteczki w pakiecie łazienkowym
(też dosyć niewygodne i połączone z dodatkowymi kosztami )
Z drugiej strony "przydasie" zabierają życie i przestrzeń.
Jak trudno zostawić swoją kolekcję płyt czy książek- zwłaszcza jak jest duża.
Kotwica, nawet nie dryfkotwa tylko kotwica,
trzymająca lepiej niż  morska, ustawiająca Cię w miejscu jak ta w HTML-u.
Dom albo mieszkanie z kredytem na 20 czy 30 lat.
Telewizor 60 calowy- no co ja teraz z nim zrobię.
Kolekcja drogich noży kuchennych- przecież nie mogę tego wozić w samolocie.
Deglon Meeting
(zdjecie powyzej to dla mnie pornografia i to ostra ;-)
Wyśnione auto- i co z nim będzie? Jak wyjadę? Bedzie stać w garażu?
Nie mogę rzucić roboty bo roczne utrzymanie Ferrari to minimum 10 000e.
Albo gorzej, nawet nie wymarzonej tylko tak kompromisem zgnilym wybranej
 Skody Oktawii to 6-7 tys pln - ale za to nówka z salonu nikt w bloku takiej nie ma.
Więc schowam godność do kieszeni i dam się poniżać szefowi,
bo moje rzeczy potrzebują tych pieniędzy.
To wszystko przemawia za dość luźnym podchodzeniem do rzeczy.
Z drugiej strony jak to przyjemnie mieć coś superfajnego, najlepszego na świecie,
arcydzieło ludzkiej myśli i inwencji.
Piękne rzeczy wpływają na nas- możliwość obcowania z nimi też chyba coś jest warta.
Weź do ręki tani 24cm nóż z marketu a potem Chef's knife dobrej firmy.
Zupełnie inaczej leży w ręku, gdzie indziej ma środek ciężkości, ostrze...ach,
nie mogę pisać dalej bo zaślinię klawiaturę.
(noże z IKEA te za 14-20e są zdecydowanie najlepsze w swojej kategorii cenowej).
Ale czy superostry nóż uczyni z Ciebie czy mnie Siekającą Bezbłędnie Maszynę?
I znowu zdroworozsądkowo wybrałem metodę 20/80.
Pozbyć się tych 80% rzeczy których nie używałem w ciągu ostatniego pół roku.
Pozostałe- niech będą takiej jakości żebym z nich miał radość.
I tu znowu 80/20.
Zazwyczaj gdzieś jest to optimum cena/jakość.
Jeżeli dana rzecz będzie miała 80%pożądanych cech i kosztowała X.
To w większości przypadków te pozostałe 20% podniesie koszty o minimum 80%.
Scyzoryk saperski Walther vs Leatherman Multitool Mut Barsop
Mp3 vs płyty CD - no pewnie jakość ale wozić ze sobą 500 płyt?
Skyline GTR vs Mosler (Mosler ach! serce wzdycha- ucisz się niemądre serce)
Saab900turbo vs cokolwiek innego ;)
Tablet Yarvik vs iPad 4.
Dodatkowo jest taka życiowa zasada nieco niecenzuralna
od mojego kolegi Piotrka który długo jeżdził polonezem:
"każde auto gwizda gdy kierowca nie jest p..."
Można dobrze pociąć marchewkę nawet słabym nożem.
Można przebiec maraton w butach za kilkadziesiąt złotych.
Można naprawić Alt w staruteńkim komputerze za pomocą
scyzoryka i wielu niecenzuralnych słów ;-).
Można napisać fajną grę na ZX Spectrum które miało 48kB pamięci(tyle ma klawiatura w PC)
Tak się rodzi pewność siebie, przezwyciężanie trudności a nie szukanie wymówek.
Jak to się ma do papierowych map vs GPS?
Zabijcie ale nie wiem.
Chociaż... wydaje mi się że ciągle wolę mojego starego HTC.
Ale jak ktoś po prostu lubi mieć łopocący na wietrze papier.
Albo 15 takich papierów do 15 zaplanowanych tras.
I zapomnieć tej jednej albo pomylić i wziąć nie te co trzeba.
Jest takie pojęcie jak "failure resistance",
czyli dobre rozwiązanie to takie które jest najbardziej odporne na pomyłki.
Jak ktoś ma ADD jak ja to jest dość ważna cecha.
Co do map to pewnie coś jest na rzeczy z tym że widzisz całość a nie tylko wycinek
albo może coś jeszcze innego - ja ciągle uważam papierowe książki za łatwiejsze w użyciu.
Co do posiadania rzeczy to jest prosta metoda:
rzeczy które dodają Ci pieniędzy co miesiąc- to przyjaciele,
rzeczy do których ty dokładasz pieniądze co miesiąc to wrogowie.
Jeżeli mój samochod co miesiac kosztuje mnie mniej
niz przejazdy innymi środkami transportu- to nie ma o czym w ogóle rozmawiać.
W tym momencie minimaliści na drzewo - bo jestescie pozbawieni sensu.
Ale trzymanie domu na Teneryfie zeby przyjechać na 2 tyg w roku,
jachtu żeby popływać 3-4 weekendy w roku to przegięcie w drugą stronę.

12 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
  2. PART 1 (przekroczyłem 4096 znaków :) ) Mam nadzieję, że tym razem się prawidłowo wyświetli.
    Hej,
    jestem zaszczycony, że sprowokowałem powstanie nowego wpisu na moim ulubionym blogu. :)
    Po pierwsze - o poprzednim wpisie:
    Jeśli chodzi o moja odpowiedź w poprzednim wpisie - nie było moim celem stanowcze stwierdzenie, że papierowe mapy to jedyna słuszna opcja - jak komuś wygodniej, co za problem. Raczej zdziwiły mnie epitety pod adresem spotkanych turystów - dla mnie to taki kontrast do tego kanaryjskiego przyjaznego nastawienia, które sam propagujesz. Po prostu mamy jakieś tam przekonania, ale po co, jakby nie było, obrażać kogoś tylko dlatego że nie śledzi trasy na komórce. Dla Ciebie wydało sie dziwne, że wyekwipowani nowocześnie i ta nieszczęsna mapa - jakby byli w starych dżinsach i koszulach flanelowych to by wszystko grało ze sobą? :) Wiesz, bardzo lubię czytać to co piszesz na tym blogu, bo to jak przedstawiasz Teneryfę, daje mi większą nadzieję, że to jest miejsce dla mnie. Nie dlatego, że ocean, ciepło itp - owszem, to też.... Ale, najważniejsze to to, co piszesz o ludziach. O braku - dla przykładu: "Tu jest Polska, a reszta na stos!" - to co mam tu, na miejscu. Że można inaczej, bez złości, drwiny i gniewu. Sam żyję nadzieją, że można iść inaczej przez świat.
    Tamten wpis mogłem wziąć też bardzo do siebie, bo akurat mam taki a nie inny sposób na turystykę, a nie mam się za idiotę czy snoba. Wiek niestety wyklucza trzecią możliwość - zbyt podeszły wiek. :) Kończąc tą część - po prostu zdziwiło mnie szufladkowanie ludzi na takiej podstawie.
    Po drugie - czy piszemy o minimaliźmie?
    Hmm... nie wiem czy w pełni się zgadzam z tymi porównaniami, które teraz stosujesz. Oczywiście zgadzam się z tym, że część sprzętów jest niepotrzebnych (sam mam stanowczo za dużo klamotów w domu), a niektóre z nich (ze względu na koszta) powodują dodatkowe uwikłanie się w kredyty / beznadziejną pracę itp. Natomiast porównanie dwóch produktów - świetny przykład - noży, które maja jednakową, główną funkcję - nie do końca chyba to pasuje. Chyba, że chodzi Ci o ewentualną kwestię kosztów - czy warto zapłacić więcej za lepszą jakość / trwałość itp. Swoją drogą, moim ulubionym nożem w kuchni jest taki mały ząbkowany nożyk Victorinoxa, który kosztuje jakieś 12 PLN. Mała cholera tnie wszystko i w sumie to mógłby być jedyny nóż kuchenny dla mnie.
    Po trzecie - optimum.
    W sumie chciałbym osiągnąć stan, kiedy mógłbym rzeczywiście pozbyć się niektorych rzeczy i uwolnić od przekonania, że "kiedyś na pewno się przydadzą". Aktualnie przeprowadzamy remont w domu i widać ile tego badziwia się trzyma niepotrzebnie. "No ale jak ja mam to wyrzucić?!" To pamiątka, to od mamusi, to od dziadka - w sumie z tymi podarkami najgorzej.... A leżą od lat w szafce i światła dziennego nie oglądają. Niesamowitym dla mnie przykładem minimalizmu jest w sumie całkiem nowy wynalazek - tablet. Jeszcze sporo zostanie powiedziane w kwestii upychania nowych zastosowań w tego typu urządzeniach. Tylko, że sprawy technologiczne tworzą moim zdaniem oddzielną kategorię w temacie minimalizm. To tak jak z kamerą i aparatem - jeszcze funkcjonują jako oddzielne produkty, ale coraz bliżej jest do scalenia ich w jednym pudełku.

    OdpowiedzUsuń
  3. PART 2
    Po czwarte - temat główny: papier na szlaku, czyli mapa.
    Minimalizm turystyczny. To taki specyficzny minimalizm. W zależności od trasy - to co musi wystarczyć do przeżycia, trzeba nieść na plecach. To jest bardzo fajna nauka minimalizowania, bo przy powiedzmy tygodniu, dwóch łażenia z plecakiem, mamy niesamowitą świadomość niepotrzebnego dźwigania. Podejścia są różne - na forach turystycznych ludzie wymieniają się pomysłami skracania szczoteczek do zębów itp. Sam nigdy nie doszedłem do punktu, kiedy mógłbym wydać masę kasy na tytanowe (superlekkie) sztućce. :) To już dla mnie spora przesada. Swoją drogą mój sposób podróżowania musi być pewnym kompromisem - lubię łazić poza szlakami, zawsze się wrąbię w jakieś krzale więc nie dla mnie leciutkie, cieniutkie tkaniny na plecak czy strój. Plecak nie jest najlżejszy, ale nie mam stresu przedzierając się przez gałęzie, albo kładąc go na mokrej ziemi, żeby na nim usiąść w czasie postoju. Minimalizm to ograniczenie wagi sprzętu, ale to zawsze kompromis. Super przykład to siekiera w plecaku :) Cóż, nawet taki niewielki Fiskars nie jest specjalnie lekki, ale jak w zimie śpimy w namiotach i chcemy rozpalić ognisko, to bez siekiery jest... przerąbane, że tak powiem :) Hmm.. cóż - w sumie to oczywiście nie trzeba rozpalać ogniska, prawda, ale to takie przyzwyczajenie z kursu przewodnickiego. Zatem wracamy, do tego "sposobu podróżowania", który mi odpowiada najbardziej. Nie wiem, może określenie "survivalowe" po trochu by tu było odpowiednie - ale nie chodzi o to, żeby polować na sarnę i potem tłuc krzemieniem o krzemień dla uzyskania iskier na ogień. Raczej o poczucie, że jestem sobie w stanie poradzić tak bardziej analogowo, z minimalną pomocą urządzeń dodatkowy, takich, które mogą się łatwo wyczerpać (gaz w kuchence, bateria w telefonie). W jakiś sposób to mi daje poczucie bezpieczeństwa - że dam sobie radę, jeśli cuda techniki zawiodą. Że rozpalę ogień, że znajdę drogę, że będę umiał udzielić pierwszej pomocy itp. Co sprowadza się do - że przeżyję, jeśli coś pójdzie nie tak. Ale to jest takie trochę przewodnickie podejście właśnie - w grupie musi być ktoś, kto da radę w każdych warunkach. Więc to jest taki mój osobisty minimalizm. Czasem więcej na plecach, ale mniej ułatwień, które mogą mnie zawieść.
    No dobra, bo przynudzam - tak, mam świadomość, góry to moja pasja i mogę popłynąć w temacie ku znudzeniu słuchaczy (tutaj czytelników). :)
    Zatem - MAPA :) czyli to co powinno być na początku mojego wpisu, a to co już nabazgrałem można by pominąć. :D
    Żeby było jasne - w pewnym kontekście, Tobie mogła się wydać nie na miejscu - bo super ekwipunek astronautów na szlaku i ten archaiczny kawałek papieru. :) Można powiedzieć, że mam bardzo duży szacunek (chyba bardzo właściwe słowo) do zwykłych map papierowych, bo umiejętność z niej korzystania to swego rodzaju sztuka. Oczywiście nie na środku autostrady, ale taka prawdziwa umiejętność nawigacji - i nie na szlaku, gdzie ktoś każde drzewo pomazał kolorowymi paskami, tylko poza trasą, gdzie mamy tylko rzeźbę terenu. Nawigacja w nocy, albo z przedwojenną mapą z nieaktualnymi informacjami co do drog i wsi. :) Super opcja. W sumie mapa i kompas to taki symbol tego jak rozumiem turystykę. Bliżej przyrody, bez prądu, bez ładowarki podpiętej do gniazdka.

    OdpowiedzUsuń
  4. PART 3.... Sorry...
    Aha - jaszcze mapa a minimalizm, czyli funkcjonalność jednego przedmiotu. Mała uwaga - ja zawsze mapy "foliuję" :) czyli obklejam taką szeroką przezroczystą taśmą klejącą, z obu stron (jak się ma wprawę, to zajmuje to jakieś pół godziny :) ). Dzięki temu mapa staje się odporna na warunki atmosferyczne. Zatem - funcja oczywista - nawigacja. Ale też można na niej usiąść jak jest mokro, można nią coś przykryć jak pada deszcz (chyba pamiętam jak ktoś na mapie zjeżdżał w zimie po sniegu), można na niej zrobić śniadanie i rozłożyć kanapki, można wykorzystać jako "machawkę" do rozpalania ognia (macha się i się szybciej rozpala :P ). Oczywiście spora część tych zastosowań odpada na Teneryfie :D , ale wypisałem znane mi opcje. ;) Czy już wspominałem, że nie trzeba jej ładować? ;)
    Yyyyyy... to chyba tyle? Dawno tak długiego tekstu nie napisałem. :) Gratulacje dla Wszystkich, którzy przebrnęli żywi do końca.

    Pozdrowienia,
    Biały

    OdpowiedzUsuń
  5. No własnie minimalizm czy to po prostu posiadanie małej ilości rzeczy?
    Czy poświęcanie malej ilości życia posiadaniu rzeczy?
    Jeżeli mam godzinami kombinować i szukać rozwiazań ktore zastąpiłyby zakup przedmiotu za kilka pln to czy wiecej czasu poświęcę na zarobienie i kupienie tej rzeczy czy na próby obejścia konieczności posiadania?
    Jak male jest życie kiedy musisz planować wszystko pod kątem jakichś zakupów lub ich braku.
    Jedyną walutą w życiu jest czas- czyli samo życie.
    Minimalizm potrzeb związanych z posiadaniem tak.
    Minimalizm jako idiotyczne trzymanie się pewnych, nie zawsze dostosowanych do sytuacji rygorów- debilizm.
    Pogoń za rzeczami, za posiadaniem- debilizm.
    Rzeczy jako nośnik usług- usługi cięcia(nóż), dostarczania adrenaliny (samochód, kontaktu z ludźmi i zdobywania informacji (komputer).
    Jeżeli tylko po to żeby nie posiadać muszę ponosić koszt większy niż po to żeby posiadać to gdzie sens? Co to za minimalizm?
    Czasem 10 ukochanych rzeczy bardziej trzyma za tyłek niż 50 które mam gdzieś.
    Niestety mam ciągle skręt że morze być tylko jedno rozwiązanie prawdziwe- i stąd zacietrzewienia.
    Agresja do tych ludzi z mapą- to moja małość wyłazi porami ;-)
    pozdrawiam
    Dyskusję o wyższości map papierowych vs elektroniczne proponuję na miejscu przy kawce.

    OdpowiedzUsuń
  6. Aha i u nas 6.12 to czerwone święto(konstytucji hiszpańskiej) więc jako kanarek wannabe przyjmuję życzenia ;-)

    OdpowiedzUsuń
  7. Z tym przekonaniem o jedynym słusznym rozwiązaniu to jest ciekawa sprawa. Na tym właśnie polegają internetowe "flame wars", niekończące się dyskusje o wyższości jednego rozwiązania nad drugim, Mac vs PC, teraz w dobie komórek Apple vs Android, Canon vs Nikon, a z racji wykonywanego zawodu najwięcej chyba widziałem bitew dotyczących wyższości jednego programu graficznego nad drugim. Dziesiątki, setki postów. A żeby było zabawniej to po merytorycznych argumentach zaczynają się inwektywy. Jakby komuś nie mogło być po prostu wygodniej, żeby inaczej kliknąć ikonkę...

    Wszystkiego najlepszego z okazji święta! :)

    PS. Mógłbyś wywalić te dwa pierwsze wpisy?

    Biały

    OdpowiedzUsuń
  8. Hmm... tak się rozpisaliście, że kompletnie już nie wiem o co chodzi :D

    OdpowiedzUsuń
  9. Tu Gabi. Dopiero tera natrafiłam na Twój blog, choć na forum jestem od jakiś 2 miesięcy. I bardzo mi się podobają Twoje przemyślenia i lekkość - kiedyś powiedziałabym pióra :)
    Pozwoliłam sobie skopiować dwa Twoje zdanie na FB: "rzeczy które dodają Ci pieniędzy co miesiąc- to przyjaciele,
    rzeczy do których ty dokładasz pieniądze co miesiąc to wrogowie."
    oczywiście z dopiskiem linku :)
    Serdecznie pozdrawiam i mam nadzieję, że kiedyś zobaczymy się na wyspie.

    OdpowiedzUsuń
  10. pozdrawiam i do zobaczenia-
    na Carnaval to juz chyba nie zdążycie? ;-)

    OdpowiedzUsuń
  11. Ej, zdążymy.... a jakże.... ale w którym roku? :)

    OdpowiedzUsuń