2016/09/26

Nielegalny Maraton 4:33 choć paznokieć nie nadawał się do specnazu


Z rana na starcie stoję i poluję. Zimno jak sk...urczybyk ale cierpliwie zaczajam się na ofiarę. Ma być nienajmłodsza i w grupie 4:30. Szczupła i bez wad sylwetki. Brzuch silny, płaski. Bo cała sztuka żeby Doświadczoną Panią upatrzyć. Tak doświadczoną by powstrzymała Ambitne Maleństwo. Pierwszy maraton i pierwsze kilometry to wszyscy lecą jak na skrzydłach po 10km spada adrenalina i jest dół, po 20km zaczynają wyprzedzać ci których wyprzedziło się wcześniej, 30km organizm mówi nie a dookoła wszyscy zaczynają iść i ... nie, tak nie będzie. Dlatego chcę wyłapać jako "ciocię" jakąś łebską babkę.
Nie wiem jak bardzo organizatorzy są skrupulatni w wyłapywaniu "nielegalnych" ale chcę dać dziecku szansę po to namawiam do kłamstwa dwie babki po czterdziestce. Przynajmniej jedna wygląda jakby coś biegała(potem się okaże że to trenerka tej drugiej). Kobity się zgadzają, małe m dołącza, stają za pacemakerami na 4:30 i startują. My z Najcudowniejszą do auta i po orzeszki/wodę.
Przed dwudziestym kilometrem nie będę smarka stresował. 20km wypada na  Czerniakowskiej. Zaparkowalimy i czekamy. Jak zwykle taki bieg to marzenie ortopedów. Część ludzi biega szkodząc stawom, sercu i bez szans na poprawę wyniku. Ale biegną. Nie podpatrują techniki u mistrzów- za to podpatrują modele butów w katalogach. żeby była maksymalna amortyzacja bo inaczej się maratonu nie przebiegnie.  Przelatuje koło nas kurdupel. Pam pam pam nabijam jej rytm 180(wydaje mi się że stawia ciut za duże kroki i się zmęczy). Spadaj ojciec. No to spadam na 34km. Na starym żoliborzu. Kręcimy bo zamknięte ulice w końcu stajemy na Lisa Kuli. Czekamy. Jest. Ale już nie tak rześka jak 14km temu.Troszkę zbolałe dziecko no i może nawet jakby zmęczona? Nie męczę Maleństwa gadaniem - jedziemy na metę.
Zostawiam auto na miodowej i to był błąd bo meta nie jest na krakowskim przedmieściu tylko na dole na Placu fontann. A Ukochana ma już kilka kilometrów w nogach. Zaś Temodal ciężko uznać za środek poprawiający formę. Bidna zmęczona ale idzie po tej cholernej, nierównej, pseudozabytkowej kostce. W końcu na dole- trawnik i Ukochana odmawia przebijania się łokciami przez tłum(kiedy tak złagodniała ? ;-) Zostawiam ją siedzącą na moim plecaku. Na metę. Zanim się przebiłem na trybuny żeby zrobić zdjęcie telefon dzwoni i na ekranie napis "Córka". Zapłakana mówi że dobiegła że jest, że 4:33 i za pięć minut wyjdzie ze strefy.
No to czekam. i czekam. Patrzę a ona siedzi oparta o ogrodzenie. Pytam b.korpulentnych Pań z ochrony czy mogę przyprowadzić córkę bo widze że usiadła i raczej jestem pewien że nie da rady wstać. Nie lzia. Oj tam, oj tam ripostuję przejętym od dentystów zwrotem i licząc na drugą zasadę dynamiki Newtona wbiegam po córkę. Tak jak myślałem przyspieszenie i teraz okazało się odwrotnie proporcjonalne do masy- zanim któraś z Pań wystartowała to ja już pomagałem Maluszkowi wstać. Ale fukały jak żeśmy koło nich wracali.
To teraz na trawniczek do Mamci. Zdjąłem smarkatej buty a tu paznokieć duży czarny i złazić chce. Nie lubi maratonów widocznie. Bąble są ale bywały gorsze.

Czyli ZEN-ki z kalenji się sprawdziły. Mogłem wyrwać tylko wkładkę zapiętową to byłoby bez tego bidnego czarnuszka. Szybki masaż nóg żeby krew odpłynęła i ruszamy do domu. A tu strajk. Obie zgodnie oznajmiają że się nie ruszą. Idę do strażników miejskich i tłumaczę że aby udawać macho nie mogę chodzić pobity przez me miłoście więc musze tu wjechać autem jeżeli taki jest rozkaz albo będę na następnej serii bilbordów opowiadających o ofiarach przemocy domowej. Panowie byli wyrozumiali. Biegiem do auta. Długą pod górę a tu ludzie ledwie człapią bo mają 42km w nogach. Aż mi się głupio zrobiło że tak wobec nich niesprawiedliwie. Podjeżdżam- nawet się z trawnika nie ruszyły. Zastawiłem strażników i przyprowadziłem moje wykończone Pięknoście. Nawet mnie na starówce nikt nie pogonił że jeżdżę. Dumny jestem i blady mimo że to nie ja biegłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz